UCHO NA WYMIAR

Operacje plastyczne w dzisiejszych czasach są tematem wielu rozmów.

Z jednej strony mamy te, które mogą uratować życie- plastyka twarzy po poparzeniu, plastyka powieki czy nosa przy wadach wrodzonych.

Z drugiej strony mamy plastykę, która jest postrzegana jako fanaberia, lecz dla innych jest czymś, co może zmienić całe ich życie.

To, że kobiety mają dużo przerysowanych kompleksów- wiadomo nie od dziś.

Jednak często jest tak, że żyjąc z jakimś kompleksem, jedynie operacja staje się jakąkolwiek iskierką nadziei.

Jak każda kobieta lubię zmiany w swoim wyglądzie.

Zawsze marzyłam o krótkiej, chłopięcej fryzurze, wysoko upiętym kucyku, jednak ze względu na ucho, które odstaje jak radar takie rozwiązania pozostawały tylko w sferze marzeń.

Ale opowiem Wam moją historie od początku.

Urodziłam się 14 listopada jako słodki aniołeczek swoich rodziców.

Niebieskie oczka, zarys blond włosków i para ślicznych, małych zgrabnych uszu.

Symetryczne i idealnie przylegające.

Nie wiem co przyszło mi do głowy jako niemowlakowi ale wymyśliłam sobie, że zabawa uchem jest fajna.

Zwłaszcza podczas picia mleka i zasypiania.

Kręciłam nim raz w prawo raz w lewo, aż dziw, że nie odpadło ……za to zaczęło odstawać.

Chrząstka uszna u niemowląt jest bardzo plastyczna i miękka, co za tym idzie podatna na odkształcenia.

Co się moi rodzice nakombinowali, żebym zaprzestała tej praktyki.

Mama zakładała mi bawełniane czapeczki wiązane pod szyją nawet na noc, opaski przeróżne a nawet przyklejała ucho plastrem.

Na nic te praktyki się zdały, bo spryt wyssałam z mlekiem mamy i zawsze dostałam się do ulubionego ucha i męczyłam je godzinami.

Ja wiem, że czytając to wydaje się wszystko niedorzeczne i wręcz śmieszne.

Ale mi do śmiechu nie było, zwłaszcza w okresie szkolnym.

Ucho dość widocznie odstaje co było powodem nazywania mnie przez grupę złośliwców „gumowym uchem”.

Pamiętam Was wszystkich!!!!

I nie zapomniałam Wam tego, nawet teraz, spotykając się przypadkiem i zamieniając kilka słów.

To taka zmora dzieciństwa.

Włosy nosiłam zawsze długie i rozpuszczone by nie było nic widać.

Spinanie ich w kucyk na zajęciach wu-fu było największą karą dla mnie.

Nikt nie wie, jakie wewnętrzne katusze przechodzi mała dziewczynka mająca swój kompleks.

Mająca pretensje do siebie – bo po cholerę się tym uchem bawiłam i do rodziców, że jednak za mało mnie pilnowali.

Z czasem nauczyłam się żyć ze swoimi kompleksami choć nigdy ich nie zaakceptowałam .

Przyznaję, że nie raz nie dwa po głowie przemknęła mi myśl – a może by tak operacja plastyczna uszu?

Przecież wygląd jest istotny.

Wiem, że wszyscy wokół powtarzają, że trzeba siebie zaakceptować, spojrzeć z boku i pokochać.

Ale wygląd jest istotny, czy tego chcemy czy nie.

Czasami mamy kompleks, którego nie da się usunąć silną wolą.

Nie da się wyćwiczyć, pomalować, zretuszować.

Nie wystarczą chęci, motywacja.

Bo o ile kilogramy można zrzucić, to odstającego ucha nie da się wymazać.

Facebook Comments